czwartek, 27 listopada 2014

Smaki i zapachy emigracji - cz III

Co z tym językiem londyńskim?





















Bilet w jedna stronę sprawił, że nie kombinowałam – a może wrócić??? - na pewno bym nie wróciła, bo do czego, ale pewnie takie myśli pojawiły by się, a tak miałam wolną główkę i musiałam wziąć się za bary z moim nowym życiem bardziej niż myślałam.

Przede wszystkim napisałam do kwiaciarni e-maila, że są za daleko od mojego miejsca zatrzymania a innej opcji nie mam, wobec tego bardzo ich przepraszam ale muszę szukać czegoś bliżej. Jednocześnie rozpowiadałam i rozklejałam w polskich sklepach wiadomość że wróże z tarota za bardzo przystępną cenę. Już następnego dnia pojawiła się pierwsza klientka.

Jest coś takiego z moim Tarotem, który jak pisałam wcześniej sam mnie wybrał TU, że zawsze, ale to zawsze ratuje mi dupę, ale też nie rozpieszcza. Na przykład rzuca mi kłody pod nogi jak tylko odstąpię od wróżenia bo chcę odpocząć i za długo to odpoczywanie trwa. Obraża się, jak robię przepowiednie bez jednego choćby grosza, najwyraźniej uważa że ma być zapłacony i zacina się. 

Za pierwsze zarobione pieniądze pojechałam zwiedzać Londyn a w trakcie wybrałam sobie Westminster Bridge - most z niską barierką (na zdjęciu) aby łatwo było mi rzucić się w Tamizę jak nie dam rady zaistnieć tutaj i to nie jest żart. Po powrocie odkryłam maila z kwiaciarni która – uwaga – proponowała mi przyjazd mimo wszystko a oni mają dla mnie miejsce do zamieszkania, już dopytali. Dzisiaj wiem, że takie rzeczy się tu nie zdarzają. Pojechałam. I … nie znalazłam, no nie znalazłam ich, straciłam pól dnia i nie trafiłam. Jeszcze wielokrotnie zdarzyło mi się nie dotrzeć tam gdzie chciałam z tego samego powodu. Dlaczego? W Londynie trzeba sobie radzić samemu, bo większość ludzi nie wie co się znajduje za drugim rogiem nawet jeśli mieszkają w okolicy, no i z powodu języka ulicy którego wtedy nie rozumiałam w ogóle. 

Londyn to nieprawdopodobny konglomerat narodowościowy więc angielski niemalże na każdym kroku inny, rodowici wykształceni Anglicy natomiast na co dzień mówią ciągami posklejanych słów w jeden bełkot, bulgot jakiś, do kompletu dochodzi londyński cockney – język który powstał wśród najniższych warstw społecznych, głównie wśród złodziei którzy porozumiewali się między sobą tak żeby ich nikt spoza kręgu nie rozumiał szczególnie policja, a składa się wyłącznie ze slangu i gwary więziennej. Jest jeszcze cockney rymowany, taka gra słów, potem to poskracane, poprzycinane - bulba totalna i dla normalnych Anglików! Dzisiaj cockney rymowany jest cool, to styl życia i pole minowe dla tych którzy chcieliby cokolwiek zrozumieć a wyrok śmierci dla naśladowców.

Natomiast ja sama odkryłam, że kiedy mówię międląc gumę do żucia w buzi albo coś innego, mój angielski staje się zrozumiały na ulicy. 

Ciąg dalszy nastąpi ...