sobota, 19 marca 2016

Dodatkowa praca - rozdział 23

Szaruga wściekła

 

















Moje poszukiwania kwiaciarni w jak najbliższym otoczeniu, nadspodziewanie szybko dały rezultat, ale nie było to dziwne, bo w moim CV widniało przecież zatrudnienie w londyńskiej kwiaciarni znanej sieci i prawdopodobnie w tych wiejskich okolicach jawiłam się jako rzadka zdobycz. 
W słuchawce zabrzmiał radosny męski głos, który zapraszał mnie na spotkanie najszybciej jak tylko mogę. 
Umówiłam się następnego dnia na 14:00.

Byłam podniecona nie tylko faktem że tak szybko znalazłam dodatkową pracę, ale również pięknem miejsca które oglądałam z zachwytem na zdjęciach.
Kwiaciarnia mieściła się w stareńkim budyneczku, pięknie urządzona, w sąsiednim, małym, prześlicznym miasteczku.
Zresztą wszystkie małe miasta angielskie są cudowne, w większości wiekowe, traktowane z czułością i niezwykłą troską, gdzie wpadasz w zatrzymany czas.

Z obliczeń wynikało mi że w jedna stronę będę potrzebowała pół godziny autobusem z przystanku pod domem, czyli pryszcz w porównaniu z dojazdami w Londynie. 
Wszystko zatem zapowiadało się znakomicie, … ale tylko do następnego dnia.
Nie dojechałam!
Od rana lało. Ale jak?! To była totalna zawierucha z tnącym deszczem. 
Niezrażona, ubrałam się odpowiednio, zabrałam wielki parasol, który, jak tylko stanęłam na niezadaszonym przystanku, wściekły wiatr wywrócił w drugą stronę. 
Walcząc z szarugą, próbując się osłaniać, jednocześnie kurczowo się trzymając rury aby wiatr mnie nie porwał, już po paru minutach byłam przemoczona dokładnie do majtek. Dzielnie jednak czekałam na autobus który już miał być, ale nawet się nie spóźnił, on w ogóle nie przyjechał.
Nie sprawdziłam o której ma być następny, tylko wróciłam do domu przemarznięta i ociekająca. Miałam wyłącznie siłę aby zadzwonić do czekającego na mnie pana, który dalej pogodnie, hmmm, w taką pogodę pogodnie odpowiedział, że o której przyjadę to będę, on rozumie i czeka.
Zdałam sobie natychmiast sprawę, że jeszcze raz to ja za żadne skarby nie wyjdę w to szaleństwo, o czym go poinformowałam.
Zgodził się czekać następnego dnia, ale następnego dnia też nie pojechałam, choć nawałnica wyniosła się.
Rozchorowałam się, chyba bardziej z wściekłości i bezradności niż z przemoczenia.
Mój mózg produkował najczarniejsze wizje, jak to co drugi dzień moknę, marznę i nie dojeżdżam, no nie potrafiłam tego powstrzymać trzęsąc się pod kołdrą.
Tymczasem Znerwicowaną natchnęła myśl! 
Założymy wspólnie kwiaciarnię internetową. 
Odkopała swój dyplom ukończenia kursu florystycznego, wyciągnęła książki, między innymi jedną z milionem obrazków kwiatów i ich nazwami po angielsku i łacinie, a która byłaby dla mnie fantastyczna jeszcze nie tak dawno. 
Jej plan był prosty. 
Ona zajmie się dostawą kwiatów do domu i dowozem zamówień, a ja stroną internetową. 
Cudownie że się jej trafiłam, florystka i obeznana z kompem, bo ona ma serdecznie dość, no kurwa dość tej pracy ciężkiej i nocnej i zwierzchnictwa swojego męża.
Razem damy radę! - zakrzyknęła w zachwycie - i szybko spłacę dom.