Smaki i Zapachy Emigracji
Wspomnienia Wiedźmy

Dlaczego wyjechałam do Londynu
Zalety koszmarnego rozwodu i walki o sciąganie alimentów z zagranicy to, to że stałam się lepszym mecenasem od rozwodów od opłaconego słabego, bo na dobrego
nie było mnie stać, a męża owszem,
postawił dwóch najlepszych w branży. Potem zostałam ekspertką od ścigania
międzynarodowych przestępców alimentacyjnych. Polska prokuratura umyła ręce,
monity do naszych komórek rządowych w sprawie ścigania spełzły na niczym. Nie
poddałam się. Powiedziałam sobie, że dopadnę go, nawet na innej planecie i
dopadłam! Ale to sporo później.
Wyjechałam do Londynu z biletem w jedną stronę, z pożyczonymi 60 euro w kieszeni, co okazało się na miejscu 37 funtami. Cha, cha, cha ... .
Dlaczego tu? Bo, zjeździłam pół świata i porozumiewałam się po angielsku, ale w Londynie jakoś nigdy nie byłam, ex mąż nienawidzi Anglii więc wiedziałam że nigdy go tu nie spotkam, bo jest tu duża Polonia, bo Londyn to metropolia z ogromnymi możliwościami, bo niedaleko do kraju rodzinnego, bo była tu koleżanka u której mogłam się na chwilę zatrzymać. Wylądowałam na podłodze w jej wynajętym pokoiku wielkości pudełka od zapałek, gdzie spałam w półmetrowym przejściu pomiędzy jej łóżeczkiem 80 cm szerokim a ścianą. Musiałam zapłacić natychmiast, czyli z góry za pierwszy tydzień 30 funtów; za światło, gaz i wodę. Za pół metra podłogi nie musiałam, więc zaczęło mi się fartownie, bo łóżko w pokoju wieloosobowym kosztowało £ 50, a tyle jak wiadomo nie miałam. Pozostało mi zatem 7 funtów w kieszeni, a jeden przejazd londyńskim autobusem (tańszy od metra) to wtedy 1 funt 20 pensów.
Kwieciste marzenia
Miałam
PLAN na rozpoczęcie nowego życia w Londynie. Jeszcze w Polsce składałam przez
internet odpowiednio przygotowane CV do kwiaciarni Londyńskich poszukujących pracownika,
załączając zdjęcia moich własnych bukietów. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie
miałam kwiaciarni, całe życie siedziałam w damskich ubraniach – najpierw miałam
pracownię krawiecką gdzie szyłam moje projekty, a potem 2 sklepy z ciuchami,
dodatkowo ciągle coś dłubałam na drutach i szydełkiem i miałam klientów na
Tarota, wiodło mi się całkiem dobrze i było tak do czasu wyjścia za mąż za niemieckiego pracownika Siemens który jeździł po całym świecie i najchętniej zapakował by
mnie na stałe do walizki zabierając wszędzie. Siłą rzeczy zrezygnowałam z
własnego biznesu, po długich rozmowach, bo widywalibyśmy się 3 miesiące w roku,
bo ''przecież zarabiam wystarczająco dla nas dwojga''. Rzeczywiście zarabiał, 10 razy więcej ode mnie, a może jeszcze więcej.
Wzięło mnie na kwiaty, bo kocham kwiaty
szaleńczą miłością i zawsze tworzyłam bukiety do domu, na różne okazje, często
dodając wiązankę ślubną własnego pomysłu ubieranej przeze mnie pannie młodej.
Zapragnęłam kwiatów, zapragnęłam być wśród kwiatów w tym nie widzianym jeszcze
Londynie.
Na dziesiątki zgłoszeń które wysłałam, jedna
kwiaciarnia zainteresowała się mną i umówiła na spotkanie w dwa dni po moim
przyjeździe.
A
więc nie rzucałam się w zupełną niewiadomą, jak sądziłam, ale rzeczywistość
zweryfikowała mi to już pierwszego dnia, bo zaczęły się schody zupełnie
nieprzewidziane i nieznane mi dotąd.
Kwiaciarnia okazała się być na drugim końcu
Londynu, z dwugodzinnym dojazdem autobusami i metrem, i moje 7 funtów nie
wystarczały na jeden dojazd, ale co najważniejsze … ja nie rozumiałam języka!
Na ulicach londyńskich ten bełkot angielski był dla mnie kompletnie nieznanym
językiem, pomyślałam że chyba nagle zgłupiałam, ale wróciłam do domu i w
telewizji znów rozumiałam angielski, wyszłam na ulicę – zero, mało tego, ludzie
do których zagadywałam z trudem też mnie rozumieli, wróciłam – angielski z
telewizji dobrze. To gdzie ja wylądowałam!?
Co z tym językiem londyńskim?
Bilet
w jedną stronę sprawił, że nie kombinowałam – a może wrócić??? - zresztą do
czego, ale pewnie takie myśli pojawiły by się, a tak nie mogłam i
musiałam wziąć się za bary z moim nowym życiem dużo mocniej niż myślałam.
Przede
wszystkim napisałam do kwiaciarni e-maila, że są za daleko od mojego miejsca
zatrzymania i nie stać mnie na inne, wobec tego bardzo ich przepraszam ale muszę
szukać czegoś bliżej. Jednocześnie rozpowiadałam i rozklejałam w polskich
sklepach wiadomość że wróże z tarota za bardzo przystępną cenę. Już następnego
dnia pojawiła się pierwsza klientka.
Jest
coś takiego z moim Tarotem, że zawsze, ale to zawsze ratuje mi dupę, ale też
nie rozpieszcza. Na przykład rzuca mi kłody pod nogi jak tylko odstąpię od
wróżenia dla odpoczynku i za długo to odpoczywanie trwa. Obraża się też, jeśli robię przepowiednie bez jednego choćby grosza, najwyraźniej uważa że ma być
zapłacony.
Za
pierwsze zarobione pieniądze, od pierwszej klientki, pojechałam zwiedzać Londyn,
a w trakcie wybrałam sobie Westminster Bridge - most z niską barierką aby łatwo było mi rzucić się w Tamizę, jak nie dam rady zaistnieć tutaj
i to nie jest żart. Bo ile ja jeszcze mogę wytrzymać, po tym koszmarnym rozwodzie, walce o wypłacanie alimentów, bezowocnym szukaniu pracy, nędzy finansowej, a w końcu podjęcia takiego ryzyka z Londynem.
Przecież nikt, ale to nikt w moim wieku nie robi takiego skoku w nieznane. W każdym razie, ja nie poznałam ani nie słyszałam jak datąd o 55 - letniej emigrantce z 37 funtami w kieszeni.
Po
powrocie do domu, odkryłam maila z kwiaciarni, która – uwaga – proponowała mi przyjazd
mimo wszystko, bo oni mają dla mnie miejsce do zamieszkania, już dopytali.
Dzisiaj wiem, że takie rzeczy się tu nie zdarzają. Chyba oczarowałam ich moimi bukietami.
Pojechałam. I … nie znalazłam, no
nie znalazłam ich, straciłam pół dnia i nie trafiłam. Jeszcze wielokrotnie
zdarzyło mi się nie dotrzeć tam gdzie chciałam z tego samego powodu. Dlaczego?
W Londynie trzeba sobie radzić samemu, bo większość ludzi nie wie, co się
znajduje za drugim rogiem, nawet jeśli mieszkają w okolicy, no i z powodu języka
ulicy którego nie rozumiałam w ogóle.
Londyn
to nieprawdopodobny konglomerat narodowościowy, więc angielski niemalże na
każdym kroku inny, rodowici wykształceni Anglicy natomiast na co dzień mówią
ciągami posklejanych słów w jeden bełkot, bulgot jakiś, do kompletu dochodzi
londyński cockney – język, który powstał wśród najniższych warstw społecznych,
głównie wśród złodziei dla porozumiewania się między sobą tak, żeby nikt
spoza kręgu ich nie rozumiał, szczególnie policja, i składa się wyłącznie ze slangu
i gwary więziennej. Jest jeszcze cockney rymowany, taka gra słów, potem to
poskracane, poprzycinane - bulba totalna i dla normalnych Anglików! Dzisiaj
cockney rymowany jest cool, to styl życia i pole minowe dla tych którzy
chcieliby cokolwiek zrozumieć, a wyrok śmierci dla naśladowców.
Natomiast tego dnia odkryłam, że kiedy mówię międląc gumę do żucia w buzi,
mój angielski staje się zrozumiały na ulicy.
Jak Tarot mnie wybrał
Dawno temu, w poprzedniej epoce, któregoś dnia, moja przyjaciółka wróżąca z kart cygańskich, zadała mi pytanie czy może obdarować mnie Tarotem. Dostała w prezencie talię jakieś 3 miesiące wcześniej i od tamtej pory dziwne rzeczy dzieją się, których ona nie chce - powiedziała. Przynieś – odparłam – sprawdzę jak będzie się sprawował u mnie, a poza tym jestem szalenie go ciekawa, bo nigdy nie widziałam i nie dotykałam wcześniej Tarota.
Zachwycił mnie! Oglądałam kartę po karcie, pomału, z namysłem, ogromnym szacunkiem i, nie ukrywam, lękiem. Jednocześnie dotarło do mnie, że żeby zacząć nim się kiedykolwiek posługiwać, muszę najpierw posiąść niesamowitą ilość wiedzy, no studia porządne. Aż tyle czasu to ja nie mam! - stwierdziłam, bo oddaliłam ukochanego i sama musiałam wychowywać moje dwie córki, dać jeść, ubrać nas, zatroszczyć się o dom itd., za dwoje. Odłożyłam Tarota i zapomniałam o nim. Wpadł mi w ręce nagle po pół roku, ale znów go upchnęłam w ostatni kąt. W następnym roku, wyobraźcie to sobie, na plaży hiszpańskiej Costa del Sol, w drodze z morza na leżak, przykleiła mi się karta tarota do stopy, i to tak, że musiałam ją oderwać. Oniemiałam! Na plaży Tarot!? Omiotłam wzrokiem wszystko wokół i nie znalazłam więcej kart. Namolny się robi – pomyślałam - a ja nie czuję się zobowiązana do nauk jeszcze. No i doigrałam się! Zaordynowałam remont kapitalny mieszkania. Przy odsuwaniu wielkiego regału wysokiego pod sufit, jedna z górnych szafek przechyliła się, wypadła z niej metalowa szkatułka i spadła z impetem na moją głowę, ugodziła mnie rogiem, a w środku był Tarot który wypadł w trakcie lotu prosto w moje ręce. Straciłam niemalże przytomność, a bolesny guz wyrósł do rozmiarów jaja indyczego. Rzuciłam się do nauki natychmiast. Tak oto Tarot wymusił na mnie posłuszeństwo.
Londyn
w szpilkach
Poszukiwanie
zatrudnienia w Anglii, rozpoczyna się na ogół od agencji pracy (jest ich dużo)
produkujących niewolników na potrzeby zakładów pracy, które potrzebują na
szybko uzupełnienia w kadrze i są to miejsca gdzie jest ogromna rotacja z
wiadomych powodów, a gdzie żaden Anglik nigdy się nie zapędzi.
Trzeba się zarejestrować, co można połączyć z jednoczesnym założeniem konta w
którymś z banków, jeśli jest akurat na miejscu jakiś przedstawiciel – łapacz
klientów, a był, więc skorzystałam i stałam się właścicielką pustego jeszcze
rachunku w banku którego na oczy nie widziałam.
Nawiasem
mówiąc, jestem do dzisiaj w tym właśnie banku, dobrze trafiłam, nie licząc
nadgorliwości w pilnowaniu pieniędzy. Za każdym razem kiedy wykonuję jakąś
dziwną dla nich płatność, blokują mi kartę, ja lecę się tłumaczyć że to była
moja transakcja, nikt się nie włamał, oni odblokowują, i tak w kółko. Prawie
się już przyzwyczaiłam, choć to wkurzające, ale lepiej tak niż lekceważenie
niebezpieczeństwa defraudacji.
Po zaistnieniu w agencji, musiałam chodzić codziennie na 7 rano do nich i czekać na dzień kiedy i mnie wreszcie wyczytają do jakiegoś zajęcia, bo tak to się odbywa.
I tu muszę, ale to muszę nadmienić, że dla mnie taka godzina jest absolutnie nie do ogarnięcia, bo ja jestem stara sowa od urodzenia i usypiam około 3 - 4 nad ranem. A tu trzeba było pochodzić, bo to sprawdzian czy jesteś gorliwa. Byłam, nieprzytomna, śpiąca, ale byłam i po
kilku dniach zostałam wyczytana, aż się ocknęłam na chwilę z wrażenia. Trafiłam do firmy która zajmowała się
kolportażem prasy dla abonamentów. Pakowałam w wielkie koperty po kilka różnych
pism z listy i naklejałam właściwy adres.
Do tego dnia byłam kobietą, która mówiła o sobie -
'urodziłam się w szpilkach i umrę w szpilkach', ale po 6-tej godzinie stania w
jednym miejscu, zrezygnowałam ze śmierci w szpilkach. W panice kombinowałam, za
co kupię sobie jakieś wygodne buty, najlepiej natychmiast.
Bazary Londyńskie
Moja
sytuacja w Londynie nie była dobra, ale już nie beznadziejna, bo zaczęłam
zarabiać jakieś pieniądze za najniższą stawkę krajową, z czego 5£ tygodniowo
zabierała agencja za pośrednictwo, i pojawiali się klienci na tarota.
Do
tego dopadło mnie szczęście niewysłowione, ponieważ z pokoju obok pudełeczka w którym spałam na podłodze, wyprowadzili się lokatorzy i zarządzająca
domem udostępniła mi dwuosobowe łóżko wciąż tylko za opłaty licznikowe, oczywiście do
czasu pojawienia się nowych chętnych do zamieszkania.
Po
raz pierwszy od przyjazdu nareszcie się wyspałam i mogłam pobyć sama! To mnie
tak uszczęśliwiło, że złapałam natychmiast porywisty wiatr w szerzej rozłożone
skrzydła i wysyłałam dziesiątki CV do kwiaciarń, jednocześnie dłubiąc pierwsze
tutaj czapki, szaliki, mitenki i inne pomysły z mojej głowy; w metrze, autobusach
i po kolacji w domu, bo musicie wiedzieć, przywiozłam tu wszystkie swoje
wełny.
Gotowe
rzeczy fotografowałam na pięknych Polkach z łapanki prosto z ulicy, albo tych pojawiających się w domu u współmieszkających.
Jeden dzień wolny w tygodniu od pracy, spędzałam na zwiedzaniu Londynu i
odkryłam wśród licznych bazarów, jeden niezwykły, kultowy, ogromny, gdzie można
kupić absolutnie wszystko z całego świata, również artystyczne rękodzieło.
Bazar na Camden to jeden z najstarszych
marketów, wciąż rozrastający się, składający się z kilku części. Najpiękniejsza
mieści się w dziewiętnastowiecznym byłym szpitalu dla koni, gdzie zachowano
oryginalne boksy, w których dzisiaj są sklepiki, a całość zdobiona jest
wspaniałymi rzeźbami koni z brązu. I opętała mnie myśl, żeby na Camden właśnie
sprzedawać swoje czapki. Jego
urok i atmosfera uwiodły mnie raz na zawsze.
Sama dzielnica Camden jest kultowa absolutnie. Tu skupia się bohema londyńska i
wszelkie inne ugrupowania odbiegające
od ogólnie przyjętej normy.
Życie w wegetacji dobrowolnej
Ciężko,
wręcz niewolniczo pracujący ludzie, w większości za najniższą stawkę, a
zdarzało się że jeszcze niższą, po kilka lat już tu, ale wciąż bez podstawowej
znajomości języka.
Kiedy
pytałam dlaczego nie uczą się angielskiego, najczęściej padały odpowiedzi: ja
tylko zarobić i zjeżdżam do kraju, nie mam czasu, za stary jestem – to częsta
odpowiedz osób przed trzydziestką.
Moje sugestie, że dobrze jest skorzystać z pobytu i nauczyć się nowego języka
bo to poszerza horyzonty i że to droga do lepszej pracy, lub że pójście do
szkoły zobowiązuje pracodawcę do wolnego na lekcje, lub że każdy wiek jest
dobry na naukę, spotykały się z niechęcią i ripostami w rodzaju: po co mam się
uczyć jak nie będzie mi potrzebny, boję się że stracę pracę jak wystąpię o
wolne na naukę, nie mam pamięci … takich właśnie tłumaczeń słuchałam.
Koleżance,
u której wylądowałam na podłodze, a która była tu od 3 lat, musiałam załatwić
ubezpieczenie, bo nawet tego nie miała, a w założeniu przyjechała dorobić do
emerytury, więc to czas stracony. Tak dalece była nieogarnięta w tutejszym
życiu, że umówiłam ją sama w urzędzie od ubezpieczeń i razem z nią tam poszłam
w wyznaczonym terminie, bo … nie zna języka, zresztą nie zmieniło się to do
dzisiaj, a nabiło jej ponad 19 lat pobytu tutaj.
Ci sami Polacy, przez te wszystkie lata, mieszkają na kupie w wynajętych
pokoikach, w domach na odległych przedmieściach Londynu, bo taniej. Ich
wegetacja, bo to nie jest życie, polega na pracy po 12 – 16 godzin dziennie,
powrocie często godzinnym lub nawet dłuższym w jedną stronę i waleniu się w
nieprzytomnym zmęczeniu do łóżka, z jednym dniem wolnym w tygodniu, który
przeznaczają na zakupy i alkohol wspólny z innymi, podobnymi.
Wdepnęłam
w takie właśnie środowisko prosto z samolotu i postanowiłam jak najszybciej
wyrwać się, za każda cenę, albo most.
Jak
to zrobić - jeszcze nie wiedziałam, ale wiedziałam że NA PEWNO!
Hotel
Marriott w Londynie
Tymczasem cudem uniknęłam powrotu na podłogę, bo pojawili się nowi lokatorzy na tę dwójkę w której spałam od tygodnia. Szczęśliwie dla mnie wpadła w odwiedziny matka dziewczyny zarządzającej domem w którym mieszkaliśmy i zaproponowała mi miejsce u niej, bo właśnie się zwolnił pokój.
Pokoik okazał się dokładną kopią tego mini koleżanki, czyli półtora metra na dwa, ale nieco ładniejszy, z większym okienkiem i sprytnie urządzony. Wprawdzie mogłam w nim zrobić tylko obrót wokół mojej własnej osi, ale byłam już jakby u siebie za 70 £ tygodniowo. W bonusie blisko było do stacji metra, co w Londynie jest niezmiernie istotne.
Właśnie w tym domu poznałam swoich pierwszych tutejszych przyjaciół. To była urocza para z malutkim, tygodniowym synkiem, ludzie nie pasujący do reszty mieszkańców, z szerokimi
horyzontami, ogromną inteligencja i planami.
Miałam zatem znacznie wygodniejszy dojazd do pracy, która okazała się całkiem
przyzwoita, w normalnej ilości godzin, z przyjaznymi ludźmi, nawet szefowa, postrach ogółu, traktowała mnie jak pupilkę.
Dowiedziałam
się boleśnie że całkiem fajnie trafiłam, kiedy agencja odesłała mnie do hotelu
Marriot na pokojówkę, bo kolporter prasy już nie potrzebował dłużej wsparcia o
dodatkowych pracowników.
W
pierwszym momencie ucieszyłam się, że będę pracowała w ekskluzywnym hotelu, w
pięknym otoczeniu (co ma dla mnie zawsze znaczenie), sama w ładnym
ubranku.
Umiem
dobrze sprzątać po mojej mamie perfekcjonistce - myślałam sobie - więc będę się
tam dobrze czuła.
O
naiwności święta, jakże strasznie się myliłam!
Moje postanowienie o jak najszybszym wyrwaniu się ze świata dobrowolnych niewolników, nie tylko oddaliło się, ale doszlusowałam w ekspresowym tempie dokładnie do stylu życia otaczających mnie Polaków.
Praca w pięciogwiazdkowym hotelu
Zaczęłam jeździć na szmatach, w tym pięknym ubranku, z obłędem w oczach, w tempie kierowcy rajdowego Formuły 1, z półgodzinną przerwą na lunch, z której często nie korzystałyśmy, bo się nie wyrabiałyśmy z 15 pokojami przewidzianymi do sprzątnięcia w ciągu 7 godzin i 15 minut po odjęciu przerwy obiadowej i codziennego spotkania inspiracyjnego z szefostwem.
Jeśli nie wyrobiłyśmy normy, musiałyśmy zostawać po godzinach żeby zrobić wszystko.
Hotelowe brudy
Opuściłam hotel z hukiem
Co jakiś czas, zbyt rzadko, wybuchają ostre protesty przeciwko bezpardonowemu wyzyskiwaniu podstawowych pracowników przez najdroższe hotele świata - to nie tylko Marriott. Rządy próbują coś zrobić, narzucając na przykład konieczność wydłużenia czasu na robienie pokoju, podniesienie stawek, bardziej ludzkich wymagań itd. …, ale to działa tylko w momencie awantury, po czym wszystko wraca do 'normy.
Camden Town po raz pierwszy
Bukiety po angielsku
Byłam w Londynie od 2 miesiecy, wylądowałam tu w maju, a zatem moje czapki i szaliki na bazarze to nie był super pomysł, z czego oczywiście zdawałam sobie sprawę, ale chodziło mi przede wszystkim o dotknięcie nieznanego, o rekonesans.
moje wróżbiarstwo ogłaszałam tym razem na najpopularniejszym portalu polonijnym i w niektórych tygodnikach co oczywiście kosztowało,
uparcie oferowałam siebie kwiaciarniom,
i dłubałam nowe czapki aby powiększyć asortyment na Camden, gdzie postanowiłam wrócić jesienią.
Dlaczego właśnie taki? Otóż dół bukietu pakuje się w celofan, tworzy torbę, wiąże w najcieńszym miejscu mocno i wlewa wodę! Kupującemu wstawia się taki bukiet z wodą w sztywną tekturową torbę i w ten sposób dowozi świeże, niezmęczone kwiaty do domu. Mało tego. Takie bukiety z wodą wysyła się do klientów pocztą w pudełkach z szybką, żeby kurier widział gdzie jest góra a gdzie dół.


A jednak mam talent! Nauczyć się angielskiego bukietu w 3 minuty nie każdy potrafi.
W angielskiej kwiaciarni
Przemyślenia z kwiaciarni angielskiej
Układałam te kwiaty ciągle tak samo, dzień za dniem, godzina za godziną, ale wciąż nie traciłam nadziei i delikatnie podpytywałam kiedy i jak mogłabym się wykazać, a liderka wzruszała ramionami. System jest twardy, nienaruszalny, niezmienialny, zarządzany odgórnie. To wielki biznes rodzinny (wiele kwiaciarni w najlepszych punktach Londynu) i tylko im wolno kreować… a w ogóle, o co mi chodzi, przecież się wykazuję tymi tonami identycznych bukietów na czas. Liderka wręcz, prosto w oczy, co u Anglików jest absolutnie niezwykłe, powiedziała że nie życzy sobie mojej kreacyjnej samowoli. DOŚĆ tego!
Straciłam radość w pędzeniu do pracy, poszłam dalej, zaczęłam sobie wmawiać, że nie mogę tu dłużej zostać bo: kwiaciarnia jest przy samej bramie i wieje, więc natychmiast się przeziębiłam (nigdy mi nie przeszkadzały przeciągi, nawet lubię), kwiaciarnia jest 24 godzinna, więc niebawem zacznę pracować na noce i będą kłopoty z dojazdem (wyłącznie nocami pracuję, uwielbiam, a dojazd autobusem, bo metro nie działa, byłby fraszką) … .
Nazbierałam sobie tych argumentów, tak naprawdę nie dla siebie, tylko dla znajomych, bo mi zazdrościli tej pracy i musiałam jakoś tak opuścić to jednostajne zajęcie, aby mnie nie znienawidzili. Dochrapała się, miała lepiej niż my i nie doceniła. Tylko najbliżsi wiedzieli prawdę. A fakt że zarabiałam po raz pierwszy londyńskie dobre pieniądze za normalną ilość godzin, okazał się być dla mnie bez znaczenia. Strach przed następnymi zmianami, bo czasu mam tak mało (55 na karku) wsadziłam sobie w buty.
Dojrzałam do decyzji, że muszę pracować tu u SIEBIE! Zresztą zawsze pracowałam u siebie, więc u kogoś, tak naprawdę, nigdy by mi nie pasowało, co nagle ze zdumieniem odkryłam, bo jakoś wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
Potrzebny był mi nowy PLAN na tutejsze życie.
Jak zwolniła mnie z pracy angielska kasa fiskalna
Miałam sen z milionem identycznych bukietów robionych na czas bez wytchnienia. Raz tylko we śnie spadałam w przepaść – przerażające, i to był porównywalny sen.
Cierpiałam, ale nie byłam moim zdaniem jeszcze gotowa do rozpoczęcia własnego biznesu, choć warunki w UK są rewelacyjne, faaantaastyczneee!
Samozatrudnienie - Self Employed wiąże się z rejestracją nie później niż po 3 miesiącach od rozpoczęcia działalności, co powoduje automatyczne składki ubezpieczeniowe w … śmiesznej wysokości, i bardzo poważnego nerwowego ataku śmiechu dostałam jak sobie porównałam złodziejsko krwiopijcze składki ZUS w Polsce, a mianowicie ponad 1000 zł. miesięcznie w roku pańskim 2001, kiedy nie wykazywałam jeszcze dochodów a straty, a dzisiaj nawet nie wiem i to jeden z głównych powodów mojej emigracji, plus parę innych.
Angielski ZUS czyli National Insurance to składka w wysokości 2,80 funty tygodniowo obecnie, bo nastąpiła bardzo poważna podwyżka o całe 0,05 od momentu o którym mówię czyli po kilku latach, czyli do zaplaty12 £ miesięcznie w 2015!
Ja płacę nieco więcej, bo przekroczyłam pewne progi, nawet nie pamiętam ile dokładnie, bo taki drobiazg trudno nawet zauważyć w finansach. Ale wybiegłam za daleko, bo przecież jestem jeszcze w kwiaciarni. Wracam zatem do tematu. Nie czułam się jeszcze gotowa na zmiany bo: nie miałam odpowiedniego zaplecza finansowego aby przejść na swoje i kalkulowałam że potrzebuję jeszcze 3-ch miesięcy dla uzupełnienia zaskórniaków, oraz nie miałam wystarczającej ilości że się tak wyrażę towaru, czyli moich czapek i szalików z którymi chciałam wyjść na wymarzony kultowy bazar na Camden. Ale … zwolnili mnie! Zaraz po tym śnie. Byłam tak nieszczęśliwa w pracy tego dnia, że popełniłam fatalny błąd. Otóż wbiłam na kasę fiskalną zakup za 65,00 £ tak jak to napisałam, czyli po polsku, a powinno było być 65.00 £ z kropką a nie przecinkiem i maszyna zrozumiała 65 tysięcy funtów, bo przecinki oddzielają tysięczne w Anglii, o czym oczywiście wiedziałam i jak dotąd nie myliłam się. Przyjęłam właściwą kwotę, trzasnęłam palcem zapłacone i zdrętwiałam jak zobaczyłam co się wydrukowało na taśmie.
Nikt tego nie zauważył, no nikt! Do końca dnia pracy kombinowałam, że się nie przyznam, w końcu dużo osób pracuje … ale nie dałam rady, ni cholery. Zaraz po przebraniu się, podeszłam do swojej liderki i powiedziałam co się stało.
Długo szukałyśmy tego błędu na kilometrach taśmy, ale znalazłam, pokazałam, wyjaśniłam, ona wzięła w kółko długopisem te tysiące, zapisując obok właściwą kwotę, podziękowała, a ja wreszcie złapałam oddech - ufff. Och jak mi ulżyło, a fakt, że dwie godziny później otrzymałam telefon że mam nie przychodzić do pracy, wcale tego nie zmienił, wręcz przeciwnie, czuję się lepiej do dzisiaj. Tym oto sposobem, w przyspieszonym tempie, pozbyłam się koszmarnych snów i zwrot życiowy który planowałam na później, musiałam wdrożyć wcześniej.
Handlara na bazarze Camden
Następnego dnia wstałam w okolicach południa, znów odespałam, tym razem stres, bo ja mam jak Scarlett O'Hara z Przeminęło z Wiatrem, która mawiała: - Pomyślę o tym jutro. Rozejrzałam się po swoim mikroskopijnym pokoiku, czyli połową rzutu oka, z cudownym poczuciem całkowitej wolności, wyciągnęłam spod łózka walizkę podróżną z moimi robótkami, przejrzałam co mam, popakowałam w przezroczyste torebki celofanowe, które wcześniej zakupiłam w różnych wielkościach za funta w funciaku.

Nie od razu się płaci i to miły ukłon w stronę sprzedających. Przychodzą z rachunkiem znacznie później, jak już coś utargujesz.
Stali sprzedający mają własne światła nad stoiskiem, baldachimy, osłonięte boki stoiska, żeby inne nie przykuwały uwagi.
Tylko jak to zmieścić w jednej walizce?
Bazarowe życie na Camden
Chineczka miała biżuterię z miniaturowych kwiatków w takiej ilości, że zastanawiałam się, ile osób musi to robić i za ile, bo ceny były minimalne.
W ogóle ceny rękodzieła w tej części były marne, bo handlowali tu Hindusi i Chińczycy w przewadze totalnej.
Po każdym pytaniu – ile?, padało następne – dlaczego tak drogo? Niektórzy próbowali zbić cenę o 99 procent!
Zamiast zatem przyciągać klientów … mimiką? pozą? … no jakoś, odleciałam myślami, kombinując, jak to zrobić aby dostać się na tę najpiękniejszą część bazaru, gdzie w boksach zabytkowego szpitala dla koni, mieszczą się teraz cudowne sklepiki i tylko tam na Camden sprzedają Anglicy i mają angielskie ceny.
Przypuszczałam zatem, że wynajęcie w tej części sklepu lub choćby małego miejsca pod ścianą, musi też kosztować po angielsku.
Tymczasem nogi wchodziły mi właśnie w … no wiecie gdzie, pęcherz odmówił dalszego zbierania kropel bez bólu, natomiast żołądek odwrotnie, domagał się natychmiastowego napełnienia, tym bardziej, że zorganizowana Chinka wyjęła właśnie obłędnie pachnące kanapki i termos. Musiała wyczytać w moich oczach pożądanie, bo chciała mnie poczęstować. Z trudem odmówiłam, natomiast poprosiłam ślicznie o zerkanie na moje stoisko, bo muszę, no muuuuuszę natychmiast się oddalić. Zgodziła się miło, a ja wystartowałam z szybkością światła w stronę dalekich toalet, minęłam jak tornado wrzeszczącą panią że tu się płaci i w ostatniej nanosekundzie ściągnęłam majtki w nie zamkniętej jeszcze kabinie ... i to był najmilszy moment z całego dnia! Drugi moment, równie miły, ale nie aż tak, to chwila kiedy zanurzyłam zęby w jakimś świństwie na tacce, kupionym w drodze powrotnej do mojego biznesu, ha, ha, ha.
Wróciłam nieco wilgotna, bo zaczęło padać!
Błogosławiony deszcz. Dzięki niemu sprzedałam komplet; czapkę z szalikiem i mitenkami dla trzęsącej się z zimna Włoszki w licznym towarzystwie innych Włochów, którzy rzucili się na moje wyroby aby ubrać ją bardziej, choć miała już na sobie najwyraźniej męską kurtkę. Kupili bez mrugnięcia okiem na cenę i natychmiast opatulili. Nie spojrzała nawet w lusterko, zapytała tylko czy dobrze wygląda.
Srogi i fatalne spóźnienie na Camden
Srogi, to typowy Anglik w wieku … hmm, nieokreślonym, ale z pewnością młodszy ode mnie. Długi, cienki, wręcz wiotki, obciągnięty bladziutką skórą nie cierpiącą słońca, z opuszczonymi kaprawymi oczkami w zaparowanych okularkach drucianych, trzymających się na dużych uszach wąskiej głowy ze sporą łysiną.
Młotem pneumatycznym w łeb czyli znów od początku.
Obchodziłam właśnie rocznicę pobytu w Londynie i biorąc pod uwagę to że wylądowałam tu z 37 pożyczonymi funtami na szczęśliwy początek, cha, cha, cha … rok okazał się dobry.Poznałam tu przez ten czas kilka fantastycznych osób i niemalże każda to perła w tym wielomilionowym, wielokulturowym tyglu. Do dziś się przyjaźnimy.Żyłam wprawdzie wciąż skromnie w tym swoim mini pokoiku, ale odwiedziłam po raz pierwszy kraj, zwołałam wszystkich moich przyjaciół u których byłam niebotycznie zapożyczona i uroczyście oddałam wszystkie długi, co przywróciło mi pełen oddech.
Moi serdeczni, kiedy już nie chciałam przyjmować pożyczek, bo nie wiedziałam kiedy będę mogła oddać, a większość nie jest krezusami, przynosili mi gary z jedzeniem, żebym im nie umarła z głodu.Boże kochany, ile było radości i szczęścia podczas tych odwiedzin.Zrobiłam więcej. Podjęłam współpracę z trzema zdolnymi dziewczynami dziergającymi na drutach i szydełkiem, wybranymi z wielu innych, które zareagowały na ogłoszenie umieszczone przed wyjazdem do Polski, na portalu mojego miasta. Umówiłam się z nimi, że będą robiły podstawy moich projektów, a najtrudniejszą resztę ja.Zatem długi zostały spłacone przed chwilą, byłam więc znowu goła, ale wszystko układało się dobrze, a w planach miałam odkładanie na stoisko w tej lepszej części marketu i mieszkanie w którym będę mogła nareszcie spokojnie pracować. Mieszkałam w jednym domu w 9 osób, do czego w żadnym razie nie byłam przyzwyczajona.
Po tym ogromnym spóźnieniu do swojego sklepiku, w niedzielę dotarłam na czas, bo pomna sobotnich perypetii z dojazdem, wstałam odpowiednio wcześniej. Srogi, obowiązkowo zarumieniony, nabijał się, co ja taka nadgorliwa.I stało się! W połowie dnia. Pobiegłam siusiu. Wróciłam i czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam jeszcze co. Dowiedziałam się godzinę przed zamknięciem, kiedy chciałam zadzwonić do przyjaciółki jak ma po mnie i moje rzeczy podjechać. Telefon zniknął. Biegnąc do toalety, jak zwykle w ostatniej chwili, zapomniałam zabrać, został na stoisku, na rogu stołu od strony wewnętrznej, tak że klienci go nie widzieli. Ukradł go ktoś z handlujących sąsiadów, których nie znałam, bo przecież w każdy weekend lądowałam na innym stole.
Po co komu była moja ukochana przestarzała malutka motorolka? To że musiałam targać mój rozrośnięty już bardziej sklepik, którego nie udało mi się zabrać w całości na piechotę i na moją prośbę, część gratów Srogi zgodził się przechować u siebie w biurze, to drobiazg. Ja straciłam kontakty z całego roku wszystkich klientów od Tarota, przestałam dla nich istnieć. Nie było jeszcze wtedy takiej opcji żeby numer z karty na doładowania można było przenieść na nową, zresztą nigdy nie pamiętałam swojego numeru, po co, przecież do siebie nie dzwonię - tak sobie wtedy myślałam.
Ale to nie wszystko.
Kiedy dotarłam do domu dużo później niż zwykle, zmordowana ciąganiem walich w niemożliwym tłoku w metrze i autobusach, bo wszyscy o tej porze wracają, już w drzwiach, główna dowodząca domu, ta która mnie ściągnęła, poinformowała mnie, że właściciel sprzedał dom i że mamy się wynosić wszyscy, im szybciej, tym lepiej.
.............
Nie zareagowałam. Nie mogłam. Tylko myśl jak piorun – skąd ja teraz wezmę na wynajęcie nowego pokoju, oddałam wszystkie pieniądze, nie mam telefonu więc nie będzie długo klientów, nie mam na kaucję dwutygodniową i pierwszą opłatę z góry, czyli potrójny czynsz!
Ale to nie wszystko.
Kiedy dotarłam do domu dużo później niż zwykle, zmordowana ciąganiem walich w niemożliwym tłoku w metrze i autobusach, bo wszyscy o tej porze wracają, już w drzwiach, główna dowodząca domu, ta która mnie ściągnęła, poinformowała mnie, że właściciel sprzedał dom i że mamy się wynosić wszyscy, im szybciej, tym lepiej.
.............
Nie zareagowałam. Nie mogłam. Tylko myśl jak piorun – skąd ja teraz wezmę na wynajęcie nowego pokoju, oddałam wszystkie pieniądze, nie mam telefonu więc nie będzie długo klientów, nie mam na kaucję dwutygodniową i pierwszą opłatę z góry, czyli potrójny czynsz!
Następny skok w nowe - kierunek - wieś angielska
Londyński świat, który zdążyłam zbudować mozolnie dzień po dniu, runął w sekundę.Z totalnego ogłuszenia wyrwała mnie następnego dnia przyjaciółka Iskierka. Przyjechała wieczorem po pracy dowiedzieć się, dlaczego nie zadzwoniłam aby mnie mogła odebrać z Camden, po czym zniknęła na godzinę i wróciła ze swoim starym telefonem i nową kartą, wpisała swój numer i wręczyła mi informując, abym dzwoniła w każdej chwili.Rozpoczęłam nowe, z jednym numerem w milczącym telefonie i błyskawicznie topniejącymi resztkami pieniędzy, podczas gdy nic nie zarabiałam. W panice szukałam jakiegoś rozwiązania na natychmiastowe pieniądze. Bazar nie wchodził w rachubę bo tam budowałam markę jak dotąd, zresztą nabawiłam się odrazy do tego miejsca do tego stopnia, że porozdawałam właściwie wszystkie swoje wyroby, aby nigdy tam nie wrócić.W momencie, kiedy już brakowało mi na czynsz za mini pokoik, z odrętwienia które mnie nie opuszczało, wyrwała mnie nagła myśl, jak się tymczasowo urządzić aby dostać i pokój i pieniądze w jednym.
Postanowiłam zostać opiekunką! Wolałabym zajmować się kimś dorosłym, ale do tego potrzebne są tu papiery ukończonych kursów co najmniej, z udokumentowaną praktyką.
Zaczęłam zatem szukać zdesperowanych rodziców z dzieckiem, i znów, wolałabym starsze, ale ogromne zapotrzebowanie jest do tych małych, a ja nie miałam czasu na wybrzydzanie, i tu potrzebne są papiery, ale czasami wystarczy praktyka, z tym że koniecznie na miejscu - swoją drogą ciekawe, mają mniejsze wymagania do dzieci niż do dorosłych.
Błyskawicznie spreparowałam więc z moimi przyjaciółmi dwa świadectwa pracy ; jedno od mojego młodego zaprzyjaźnionego małżeństwa z dzieckiem z którymi mieszkałam jeszcze drzwi w drzwi, a drugie od Iskierki która nie dość że nie ma dzieci to nie zamierza, ale tu jest taka zasada, że dzwonią na numer obowiązkowo podany na świadectwie aby sprawdzić wiarygodność, po drugiej stronie telefonu zatem może być każdy odpowiednio poinstruowany. Znalazłam w internetowych ogłoszeniach jeden dom z dzieckiem oczekującym na nianię niemalże natychmiast i zarzuciłam dalsze poszukiwania, choć mama okazała się Polką (tylko nie z Polakami – radzono mi), na podlondyńskiej wsi, ale już wisiałam za tygodniowy czynsz .Po obustronnej korespondencji i kilku telefonach, zainteresowana rodzina przyjechała razem z chłopczykiem ośmiomiesięcznym, który natychmiast przykleił się do mnie jak tylko posadzili go na moich kolanach, co było, jak się okazało ostatecznym testem który zdałam na szóstkę i nie wiem dlaczego, bo ja nie znoszę małych dzieci, a one zadziwiają mnie zawsze lgnąc do mnie wprost proporcjonalnie do mojej niechęci.Tata odkleił małego ode mnie, zapakowali mnie do samochodu na pniu i znów wykonałam skok w zupełnie nieznane.
Na angielskim zadupiu
Dojechaliśmy przed wieczorem do nowiutkiego, niewielkiego - 3 sypialnie, kuchnia, pokój dzienny z wyjściem na ogródeczek - pachnącego jeszcze farbą domu na mini osiedlu, w sporej odległości od mini miasteczka, czyli na zadupiu kompletnym, pod rachitycznym laskiem liściastym.
Z czasem wrzasków było trochę mniej i zdarzało się, że poświęcała i im trochę czasu.
Ja ze swojej strony wprowadziłam zwyczaj czytania bajek na dobranoc, na co Polka zareagowała przerażeniem, bo myślała, że będzie mi musiała dopłacać, a przecież oni dom spłacają. Nie musiała. Było mi miło im czytać.
Czas tylko dla siebie, to wartość nie mająca sobie równych. Znalazłam coś, o czym nie miałam wcześniej pojęcia. Odkryłam zupełnie nową barwę życia.
Tragiczny psi los
Szaruga wściekła
Kwiaciarnia mieściła się w stareńkim budyneczku, pięknie urządzona, w sąsiednim, małym, prześlicznym miasteczku.
Zresztą wszystkie małe miasta angielskie są cudowne, w większości wiekowe, traktowane z czułością i niezwykłą troską, gdzie wpadasz w zatrzymany czas.
Nie sprawdziłam o której ma być następny, tylko wróciłam do domu przemarznięta i ociekająca. Miałam wyłącznie siłę aby zadzwonić do czekającego na mnie pana, który dalej pogodnie, hmmm, w taką pogodę pogodnie odpowiedział, że o której przyjadę to będę, on rozumie i czeka.
Zdałam sobie natychmiast sprawę, że jeszcze raz to ja za żadne skarby nie wyjdę w to szaleństwo, o czym go poinformowałam.
Zgodził się czekać następnego dnia, ale następnego dnia też nie pojechałam, choć nawałnica wyniosła się.
Rozchorowałam się, chyba bardziej z wściekłości i bezradności niż z przemoczenia.
Mój mózg produkował najczarniejsze wizje, jak to co drugi dzień moknę, marznę i nie dojeżdżam, no nie potrafiłam tego powstrzymać trzęsąc się pod kołdrą.
Znowu zmiany
Pierwsze wrażenia w nowej pracy
Na dole salon na przestrzał ze wspomnianym oknem od zewnątrz, czyli od ulicy, z bardzo mini ogródeczkiem ogrodzonym, a jakże, niskim murowanym płotkiem z furteczką prowadzącą do wyjścia – a wejścia jeśli właśnie wchodzisz, a po przeciwnej okno z wielkimi oszklonymi drzwiami do nieco większego ogródka na tyłach domu.
Po lewej stronie salonu strome, wąziutkie schodki, zdecydowanie jednoosobowe, z balustradą, prowadzącą na górę do sypialń których tu były dwie, łazienki i maluteńkiego pokoiku traktowanego chyba kiedyś jako garderoba.
Za schodami na dole, wąska kuchnia, również z drzwiami na ogródek.
Brzmi nieźle, prawda?
Jednak mieszkać w takim domu, to spora trudność z wielu powodów.
Po pierwsze dlatego, że pomieszczenia są bardzo wysokie, oszklone drzwi i okna standardowo z pojedynczymi szybami, a całość zbudowana z cegły bez ocieplenia.
Wiem z opowiadań i późniejszych wizyt u koleżanki, że nie da się w nich nagrzać zimą, za cholerę. Wiatr hula swobodnie, a mieszkańcy we wszystkim z szaf i pozawijani w kołdry.
Ja na szczęście w porę się wyniosłam, więc nie dotknął mnie ten koszmar.
Nie wiedziała też, że nie zamierzam długo zostać, z bardzo ważnego powodu, otóż pracę zaczynałam głęboką nocą dla mnie, od śniadania z małą o 7:00!
Metody wychowawcze Chinki
Co ma Harrods do obiadu
Budowanie chińskiego muru

Fotel, szafy i szmaty
W związku z rozwijającą się przyjaźnią ze Szczuplutkim, dowiedziałam się, że wszystkie dotychczasowe pomocnice Chinka wykończyła, a co najciekawsze i ostatnią, również Chinkę, co było trudne, bo trafiła dziewczynę potulną, pracowitą i oddaną.
- Nie. To ty jesteś u mnie, w moim domu!
- Mylisz się. To jest teraz moje terytorium i nie będziesz mi mówiła co mogę u siebie. A w ogóle to was tu nie zapraszałam – i wystawiłam małą delikatnie za drzwi.
- Ale tu są moje rzeczy.
- A właśnie! Miałaś je wszystkie zabrać a wciąż są u MNIE.
Ach jak przyjemnie ale nie do końca
- Mała śpi z nami i tak pozostanie.
Tak ją lubiłam w tym momencie, że zapomniałam jej przypomnieć, że jeszcze mi nie zapłaciła za poprzedni tydzień, a był już czwartek. Każdego tygodnia musiałam się dopraszać o pieniądze, co czyniłam w okolicach środy, i czar znikał na dobre dwa dni, bo następowała wojna o godziny i traumatyczne wręczanie mi pieniędzy, za każdym razem ze słowami: - Ty zarabiasz więcej niż ja!
- Nie pójdziesz ze mną bo wyglądasz jak kurwa, idź się przebrać.
Nie przebiorę się, bo nie chcę wyglądać jak ty, czyli chłop z cipą. Idź sama. I jak jeszcze raz mnie tak nazwiesz, natychmiast się stąd wyniosę. Nie będę znosiła obelg.
Szczuplutki miał ubaw po pachy. W ogóle się z nami nie nudził. Przyznam że ja też, a i ona na pewno nie. Z całą pewnością zrodziło się u nas coś na kształt współzawodnictwa, która której lepiej dopiecze.
Zarabianie pieniędzy inaczej
Zaskowyczała z zachwytu, ja zresztą też.
Chińskie awantury i pasjonujące rękodzieło
Błyskawiczny plan na opuszczenie Chinki
Krzyczała i tupała z dzieckiem na rękach.
Chinka w żądzy zemsty
Z żelazną konsekwencją realizowałam swój najnowszy plan.
Najpierw przemknęłam do łazienki i wzięłam błyskawiczny prysznic, bez zasłonki.Już byłam umówiona z przyjaciółmi u nich w domu, tymi z którymi mieszkałam dużo wcześniej drzwi w drzwi. Zadzwoniłam w trakcie szarpiącej się z jeszcze moimi drzwiami Chinki – co tam się u ciebie dzieje? – zareagowała na łomot przyjaciółka. - Opowiem Ci jak dojadę.Dość długo się nie widzieliśmy, bo by dotrzeć do nich, musiałam przejechać cały Londyn ze wschodniej strony na zachodnią. Zszokowałam ich opowiadaniem o porąbanej Chince. - A tak naprawdę chcę Was zapytać, czy wiecie może, kto ma do wynajęcia pokój? Wy bywacie bardziej niż ja ostatnio. - My mamy przecież wolny pokój. - I chcecie wynająć?- Tobie tak.- Czyli mogę się do was wprowadzić w poniedziałek do czasu znalezienia dobrego miejsca dla siebie? - Możesz się wprowadzić na dłużej, bo mały śpi w naszej sypialni i to jeszcze potrwa. Jesteś dla nas gwiazdką z nieba, bo mieszkanie jest strasznie drogie, więc będziesz wsparciem w opłatach. Nikogo obcego nie możemy przyjąć na pokój, bo dostajemy dofinansowanie, ale jakieś jeszcze pieniądze potrzebne, bo dokąd ja zajmuję się małym i nie zarabiam, ledwo ciągniemy.
Przeprowadzili się z naszego poprzedniego wspólnego domu do przepięknego mieszkania, które udało im się wynająć w dobrym miejscu, bliżej centrum i blisko do wszystkiego. Byłam oczarowana tym mieszkaniem od pierwszej chwili, od parapetówki na którą zostałam zaproszona.
No i mieli nie wykorzystywany mały pokój, w domyśle, sypialnia dla synka.Najpiękniejsza była podłoga, z najprawdziwszych desek pomalowanych na … krwisty kolor, za którym osobiście nie przepadam w domu, ale tu nadawał wnętrzu wyjątkowości, pewnie dlatego że w salonie stała na tej czerwieni równie czerwona duża szafka z szufladami, a miękkie meble w graficie i wspaniała duża ława drewniana z okuciami.

I jeszcze piękne okna, wprawdzie otwierane durnie po angielsku, ale duże, podwójne i wychodzące na wspaniały zadbany park, w którym świergotały ptaki bez umiaru.
Od poniedziałku zatem, moja artystyczna dusza znajdzie się we właściwym miejscu.
Jeszcze w trakcie wizyty u nich, zamówiłam telefonicznie transport na poniedziałek, na wszelki wypadek przed wieczorem, bo nie wiedziałam, ile mi zajmie zmuszenie Chinki do wypłacenia mi pieniędzy.
Pozostało mi zatem już tylko spakowanie się do końca.
Błyskawicznie poszło. Piątek, sobotę i niedzielę miałam na umówione sesje tarota i na przyjemności dla siebie, czyli zwiedzanie, kino, spacery po licznych parkach londyńskich, w zanurzeniu się w sobie, w poszukiwaniu w umyśle nowych opcji na dalszą drogę.
Jeden pomysł Szczuplutkiego, który rzucił raz, kiedyś – jak chcesz, zrobię Ci stronę internetową na twoje rzeczy, bo szkoda tego nie pokazywać – na co wtedy nie zwróciłam szczególnej uwagi, nagle, w St. James's Park, rozbłysł mi gejzerem światła. To było coś takiego, co spowodowało, że nie mogłam się doczekać poniedziałku, nie spałam, w nocy grzebałam w internecie poszukując najpiękniejszego szablonu do strony, liczyłam literki numerologicznie biedząc się nad nazwą... . Dopadła mnie pasja z taką siłą, jak wcześniej, bo przysięgam, moje życie to ciąg pasji.
Tymczasem, jeszcze muszę się boleśnie dla Chinki wyprowadzić, bo jakaś lekcja musi być za złe traktowanie ludzi, no musi. Najlepsze w tym wszystkim, że w głównej mierze ona sama się ukarała, bo zrobiła w domu tak niewyobrażalny chlew, że nie było jak przejść, aby się na czymś nie pośliznąć lub potknąć. Ta małpa przygotowywała horror dla mnie na poniedziałek. Kiedy nastałam, myślałam, że większego syfu już nie może być, nie doceniłam jej w tej materii. Wyciągnęła nawet zwinięty i upchnięty gdzieś, obsrany i obszczany, śmierdzący dywan, bo jak wiecie jej córeczka biega w domu bez pieluch i ten dywan wcześniej sobie szczególnie upatrzyła. Zachwycona, poinformowała mnie, że go upiorę i przestała już dopytywać, czy jednak zajmę się fotelem i lampą. Pławiła się już wyłącznie w obmyślaniu zemsty na mnie.Ja natomiast, w sobotę, przed wieczornym wyjściem, zostawiłam w widocznym miejscu karton, bo kartka zniknęłaby w tym śmietniku, a więc karton z wielkim napisem: Zostaw proszę moje pieniądze dla mnie na jutro.
Kiedy wróciłam bardzo późnym wieczorem, zastałam moją wiadomość stłamszoną i rzuconą na podłogę, tak jak przewidziałam. Dobra nasza!
Przeprowadzili się z naszego poprzedniego wspólnego domu do przepięknego mieszkania, które udało im się wynająć w dobrym miejscu, bliżej centrum i blisko do wszystkiego. Byłam oczarowana tym mieszkaniem od pierwszej chwili, od parapetówki na którą zostałam zaproszona.

Od poniedziałku zatem, moja artystyczna dusza znajdzie się we właściwym miejscu.
Jeszcze w trakcie wizyty u nich, zamówiłam telefonicznie transport na poniedziałek, na wszelki wypadek przed wieczorem, bo nie wiedziałam, ile mi zajmie zmuszenie Chinki do wypłacenia mi pieniędzy.
Pozostało mi zatem już tylko spakowanie się do końca.
Błyskawicznie poszło. Piątek, sobotę i niedzielę miałam na umówione sesje tarota i na przyjemności dla siebie, czyli zwiedzanie, kino, spacery po licznych parkach londyńskich, w zanurzeniu się w sobie, w poszukiwaniu w umyśle nowych opcji na dalszą drogę.
Jeden pomysł Szczuplutkiego, który rzucił raz, kiedyś – jak chcesz, zrobię Ci stronę internetową na twoje rzeczy, bo szkoda tego nie pokazywać – na co wtedy nie zwróciłam szczególnej uwagi, nagle, w St. James's Park, rozbłysł mi gejzerem światła. To było coś takiego, co spowodowało, że nie mogłam się doczekać poniedziałku, nie spałam, w nocy grzebałam w internecie poszukując najpiękniejszego szablonu do strony, liczyłam literki numerologicznie biedząc się nad nazwą... . Dopadła mnie pasja z taką siłą, jak wcześniej, bo przysięgam, moje życie to ciąg pasji.
Kiedy wróciłam bardzo późnym wieczorem, zastałam moją wiadomość stłamszoną i rzuconą na podłogę, tak jak przewidziałam. Dobra nasza!
Wyprowadzka z przytupem
Nie przypuszczałam, że aż tak szybko mi pójdzie. Wiedziałam że jej zależało i na tym właśnie jechałam, ale zależało jej bardziej na gnębieniu mnie niż przypuszczałam, a do tego musiałam zejść do pracy.
A teraz wracaj natychmiast do obowiązków – warknęła. Zacznij od śniadania, a potem sprzątanie, WSZYSTKIEGO! NA WYSOKI POŁYSK! - wrzasnęła wyrzucając ręce do góry w tryumfie i odwróciła się na pięcie wychodząc z mojego pokoju.
Kiedy zapytałam, o co chodzi, usłyszałam, proszę otworzyć madam, policja.
Nowy początek ze śpiewami przy gitarze
Moje pierwsze kroki w londyńskim świecie mody
Odpoczywałam, odsypiałam i odpoczywałam … . Odreagowywałam wszystko, co mnie umęczyło od początku pobytu w Londynie. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, jak bardzo byłam wyczerpana, a sprawiła to domowa atmosfera u moich przyjaciół i ich troskliwość. Nareszcie zaczęłam się czuć normalniej, choć wiedziałam, że to wciąż początek przedzierania się. Ale co najważniejsze! Nagle prysł gdzieś lęk o moją tutejszą przyszłość. Dlaczego? Właściwie nie wiem.
To właśnie ten lęk, ale też przeraźliwe wyobcowanie i zero komfortu, sprawiły, że byłam tak strasznie umordowana. Moja lekkość bytu oddaliła się też, bo trudno o nią z zaciśniętymi mocno zębami, aby wytrzymać.
Może to spotkanie ze wszystkimi przyjaciółmi naraz dało mi poczucie bezpieczeństwa, tym bardziej że zawsze ktoś nas odwiedzał. Zdałam sobie nagle sprawę z oswojenia, połowicznego, ale jednak, no i z posiadania przyjaznego środowiska.W krótkich przerwach w uładzaniu się, grzebałam w internecie, tak po prostu, bez wyraźnego celu, czy planu. ODPOCZYWALAM. Ale przykuło moją uwagę jedno ogłoszenie. Jeden z wielu domów mody, projektujący i szyjący damskie ubrania z dzianinowego recyclingu, poszukiwał krawcowej. Zdjęcia ich projektów jakie zobaczyłam, spowodowały u mnie wdech.Ciągle coś przerabiałam, mam to w jednym palcu, a wełny to moje życie. Spróbuję! Pomyślałam. A co mi tam!
Wydłubałam najlepsze zdjęcia jakie miałam z moich dzianinowych prac, załączyłam nieco, a może bardziej niż nieco zmodyfikowane CV – wyrzuciłam opiekunkę, a przedłużyłam prace w tutejszej kwiaciarni tak aby wszystkie miesiące się zgadzały– cha, cha – nie będą sprawdzać, byłam pewna.
Napisałam list przewodni i wysłałam.Trzy dni później, mój krzyk ściągnął całą rodzinę do mojego pokoju.
Dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjna, z prośba o przyniesienie paru moich rzeczy!
Yes!!!!Jakoś nie zastanawiałam się, czy mnie przyjmą. Czułam się, jakbym już tam była, była od zawsze. No przecież to moje zabawki, a że angielskie? Phi!
W studiu dizajnerskim
Trafiłam! Nie wiem jakim cudem, bo nie było łatwo ale trafiłam. Jechałam półtorej godziny, z trzema przesiadkami z Londynu Zachodniego, do Północno – Wschodniego. A tam trzeba znaleźć uliczkę przy dziwacznym skrzyżowaniu. Pod podanym numerem była drewniana przedpotopowa brama wpasowana w fabryczny budynek równie stary.
Poczułam dreszcz emocji. Jestem!
Zadzwoniłam na podany numer telefonu, informując że jestem i za kilka minut ukazała się w drzwiach obok tej bramy, śliczna, co ja mówię, prześliczna młoda Angielka z cudownym uśmiechem na twarzy, złożonym z nieskazitelnie bielutkich zębów i radosnych oczu.
Witaj Gabriela, Nin jestem – zaśmiała się i wpuściła do środka.
Fabryka była przerobiona na lofty - studia, które wynajmowała londyńska bohema.
Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca, sycąc oczy, uszy i duszę. Śmierdziało cudownie artyzmem, a w tle unosiła się znakomita muzyka.
Och! - wyrwało mi się.Podoba ci się? - zapytała Nin.- Uwielbiam takie klimaty.- To chodź do naszego studia.
Poszłyśmy malutką uliczką pomiędzy budynkami, umajoną bujnie roślinami w doniczkach, donicach, skrzynkach i samosiejkami wyrastającymi prosto z betonu.
Na końcu były paskudne fabryczne schody ozdobione skromniej, ale też kwiatami. Wspięłyśmy się do poziomu pierwszego z głośniejszą już muzyką. Wszędzie po drodze były jakieś drzwi, niemalże każde inne.
Weszłyśmy w jedne i ukazała mi się, w dużym, surowym korytarzu, najprawdziwsza sofa chesterfield – aż się głośno roześmiałam, co Nin ubawiło. Była tam też ława, szafka z kuchenką elektryczną, coś w rodzaju kredensu z naczyniami i sklepowy wieszak na ubrania wierzchnie, oraz wspomniana muzyka, już zupełnie głośna, wydobywająca się zza prawych drzwi.
To nasi sąsiedzi, ćwiczą na występ - dowiedziałam się.
Nic tu do niczego nie pasowało, a było fantastycznie.
Tu gotujemy lunch and dinner – poinformowała piękna – i otworzyła pierwsze drzwi po lewej.
To było studio jej i Kler, całkowite przeciwieństwo Nin. Bo Kler, to brzydka albinoska, usiana żółtymi piegami z włosami oraz zębami w tym samym kolorze.
Ja uwielbiam rudzielców i piegusów, znam dwójkę świetnie wyglądających albinosów, ale Kler natura potraktowała paskudnie, bo nie dość że dostała wszystko naraz, to jeszcze w najgorszych odcieniach. Po prostu zamurowało mnie na jej widok. A ona, uśmiechnęła się do mnie szczerze żółtymi zębami i przywitała jak ze starą znajomą.Kiedy otrząsałam się z estetycznego szoku, Nin wyciągała ich najnowsze projekty.
I wpadłam w popłoch.
Projekty okazały się bardzo trudne do realizacji. Każdy ciuch składał się z dziesiątków kawałków pod różnymi kątami i łukami, do pozszywania w całość na … overlock-u.
Już samo układanie tego było nie lada łamigłówką. No kurczę! Wełniane puzzle!Popatrzyłam przez ramię na szyjącą malutką Hinduskę, która radziła sobie z tymi puzzlami świetnie.Hmmm, pomyślałam, a jednak wykonalne.
Próba jakimś cudem wypadła pomyślnie.
Uszyłam! Uszyłam sukienkę z tych kawałeczków, pomimo, że motałam się strasznie, ręce trzęsły, a wargi pogryzłam do krwi.
Zostałam przyjęta. Od razu. Bez tego słynnego – zadzwonimy do pani.Po zdaniu egzaminu, poprosiły mnie o pokazanie własnych rzeczy - jeśli nie zapomniałam przynieść.
Nie zapomniałam, pokazałam i … wszystkie bez wyjątku, pracownice też, padły z wrażenia.Nigdy, przenigdy wcześniej, nie spotkało mnie coś tak nadzwyczajnego.No może raz, kiedy wiele lat wcześniej starałam się na studia projektowania mody i na egzaminy przywiozłam gotową kolekcję.
Egzaminatorzy wpadli w euforię. Profesorki przymierzały moje rzeczy jak wariatki, a profesorowie głośno komentowali z uznaniem.
Po czym, jednogłośnie stwierdzili, że nie przyjmą mnie!
Kompletnie zdezorientowana, rozdarłam się rozpaczliwym - DLACZEGO!?
- Bo jesteś w pełni ukształtowaną, znakomitą projektantką i żadne studia nie są ci potrzebne!
Dostałam to od nich na piśmie. Poprosiłam.Poprosiłam, bo wiedziałam, że nikt mi nie uwierzy.
No więc tu, dziewczyny też szalały, wyrywając sobie moje prace, aby przyjrzeć się bliżej, dotknąć, powąchać, sprawdzić szczegóły i oczywiście przymierzyć.
Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że ten mini pokaz, to duży krok do mojej tutejszej kariery.
Trafiłam! Nie wiem jakim cudem, bo nie było łatwo ale trafiłam. Jechałam półtorej godziny, z trzema przesiadkami z Londynu Zachodniego, do Północno – Wschodniego. A tam trzeba znaleźć uliczkę przy dziwacznym skrzyżowaniu. Pod podanym numerem była drewniana przedpotopowa brama wpasowana w fabryczny budynek równie stary.
Poczułam dreszcz emocji. Jestem!
Zadzwoniłam na podany numer telefonu, informując że jestem i za kilka minut ukazała się w drzwiach obok tej bramy, śliczna, co ja mówię, prześliczna młoda Angielka z cudownym uśmiechem na twarzy, złożonym z nieskazitelnie bielutkich zębów i radosnych oczu.
Fabryka była przerobiona na lofty - studia, które wynajmowała londyńska bohema.
Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca, sycąc oczy, uszy i duszę. Śmierdziało cudownie artyzmem, a w tle unosiła się znakomita muzyka.
Poszłyśmy malutką uliczką pomiędzy budynkami, umajoną bujnie roślinami w doniczkach, donicach, skrzynkach i samosiejkami wyrastającymi prosto z betonu.
Na końcu były paskudne fabryczne schody ozdobione skromniej, ale też kwiatami. Wspięłyśmy się do poziomu pierwszego z głośniejszą już muzyką. Wszędzie po drodze były jakieś drzwi, niemalże każde inne.
Weszłyśmy w jedne i ukazała mi się, w dużym, surowym korytarzu, najprawdziwsza sofa chesterfield – aż się głośno roześmiałam, co Nin ubawiło. Była tam też ława, szafka z kuchenką elektryczną, coś w rodzaju kredensu z naczyniami i sklepowy wieszak na ubrania wierzchnie, oraz wspomniana muzyka, już zupełnie głośna, wydobywająca się zza prawych drzwi.
To nasi sąsiedzi, ćwiczą na występ - dowiedziałam się.
Nic tu do niczego nie pasowało, a było fantastycznie.
Tu gotujemy lunch and dinner – poinformowała piękna – i otworzyła pierwsze drzwi po lewej.
To było studio jej i Kler, całkowite przeciwieństwo Nin. Bo Kler, to brzydka albinoska, usiana żółtymi piegami z włosami oraz zębami w tym samym kolorze.
Ja uwielbiam rudzielców i piegusów, znam dwójkę świetnie wyglądających albinosów, ale Kler natura potraktowała paskudnie, bo nie dość że dostała wszystko naraz, to jeszcze w najgorszych odcieniach. Po prostu zamurowało mnie na jej widok. A ona, uśmiechnęła się do mnie szczerze żółtymi zębami i przywitała jak ze starą znajomą.
I wpadłam w popłoch.
Projekty okazały się bardzo trudne do realizacji. Każdy ciuch składał się z dziesiątków kawałków pod różnymi kątami i łukami, do pozszywania w całość na … overlock-u.
Już samo układanie tego było nie lada łamigłówką. No kurczę! Wełniane puzzle!
Próba jakimś cudem wypadła pomyślnie.
Uszyłam! Uszyłam sukienkę z tych kawałeczków, pomimo, że motałam się strasznie, ręce trzęsły, a wargi pogryzłam do krwi.
Zostałam przyjęta. Od razu. Bez tego słynnego – zadzwonimy do pani.
Nie zapomniałam, pokazałam i … wszystkie bez wyjątku, pracownice też, padły z wrażenia.
Egzaminatorzy wpadli w euforię. Profesorki przymierzały moje rzeczy jak wariatki, a profesorowie głośno komentowali z uznaniem.
Po czym, jednogłośnie stwierdzili, że nie przyjmą mnie!
Kompletnie zdezorientowana, rozdarłam się rozpaczliwym - DLACZEGO!?
- Bo jesteś w pełni ukształtowaną, znakomitą projektantką i żadne studia nie są ci potrzebne!
Dostałam to od nich na piśmie. Poprosiłam.
Komentarze
Prześlij komentarz
Porozmawiajmy ...
Włączona weryfikacja obrazkowa bo spam mi się wdarł.