wtorek, 21 lipca 2015

Ogród wielopoziomowy na skarpie

Z zakamarków pamięci Wiedźmy

 

ogrod wielopoziomowy

 

 

 

 

 

 

 

 

 








Było takie miejsce na ziemi, gdzie panowała totalna szczęśliwość, do którego wracam czasami myślami zdając sobie sprawę że byłam w raju, o  czym nie wiedziałam w dzieciństwie i wczesnej młodości.
To było u moich dziadków, gdzie spędzaliśmy wakacje, święta i wolne dni przez wiele, wiele lat.
To miejsce było wyjątkowe pod wieloma względami. Sam dom był wyjątkowy. Stał na brzegu bardzo wysokiej skarpy nad Wisłą z takimi widokami niczym niezakłóconymi, że dech zapierało. Patrzyło się przez weneckie okna lub z ganku, na wijącą się rzekę w dole wśród zieleni i na zachodzące słońce tonące w wodzie co wieczór, w cudownych barwach, przy wtórze kumkających żab. Obłędnie piękne.

Ale to nie wszystko. Po stronie widokowej, opadały trzy tarasy wyrzeźbione przez długie stulecia przez naturę, na których był ogród i sad moich dziadków. Schodziło się tam - dorośli, lub zbiegało, albo zjeżdżało na pupie po deszczu - my wnuczęta, wąskimi wijącymi się schodkami wydeptanymi przez lata na kamień w ziemi. Ta schodkowa ścieżka musiała się wić, bo spad był niemalże pionowy.
Na pierwszym najmniejszym tarasie był ogródek z kwiatami: piwoniami, różami, irysami ... setkami odmian kwiatów, i tu, my dzieciaki nie mieliśmy nic do roboty.
Na drugim tarasie, ogromnym, w jednej części był warzywniak, w drugiej rosły krzewy owocowe, a na części największej był sad.
Na trzecim najwęższym, ale za to najdłuższym i najbardziej słonecznym, rosła morela i trawa po której można było się kulać lub gonić po rannej rosie.
Reszta skarpy, do samej Wisły, porośnięta była dzikimi różami i dzikimi wiśniami, a w jednym miejscu, w naturalnym zakolu, mieliśmy pionową ścieżkę do zbiegania z szybkością światła nad wodę by popływać, nałapać raków i popuszczać kaczki. To była wyłącznie nasza ścieżka, nikt inny z niej nie korzystał ... ze strachu.
Aby dostać się nad wodę wygodnymi murowanymi schodami, trzeba było iść górą parę kilometrów w stronę miasta. Fatalna dla nas strata czasu.
Mieliśmy całkowitą wolność, nikt się nami nie interesował, z jednym wyjątkiem, nie wolno nam było deptać trawy, która rosła w sadzie, bo dziadek wygrażał widłami za niesubordynację. Ta trawa, po wyrośnięciu ponad nasze głowy, była koszona i sprzedawana. Skoro nie wolno było biegać po podłożu w tej części, goniliśmy się po drzewach, wielkich, rozłożystych, starych jabłoniach z papierówkami, przelatując z jednej gałęzi na następną tego samego drzewa lub innego. Małpy nam nie dorównywały, a dorosłych wcale nie dziwiło, kiedy znajdowali nas wiszących głowami w dół na gałęziach. Ja szczególnie z upodobaniem wisiałam, nawet jak już nikogo w ogrodzie nie było. I nie mam bladego pojęcia dlaczego uwielbiałam tak wisieć i oglądać świat odwrotnie.
Mieliśmy też własną pieczarę, którą wydłubaliśmy własnoręcznie w zboczu góry, o której nikt poza nami nie wiedział i nikt nigdy nie odkrył, bo wejście skrywały chaszcze krzewów. Zresztą nawet gdyby została odkryta, trudno było się do niej dostać!
Zadziwiające, ale żadnemu z nas nigdy nic się nie stało, poza odrapaniami i jakimiś siniakami. Nic się nie stało nawet moim dwóm braciom ciotecznym, którzy już naprawdę ekstremalnie bo na swoich kolarzówkach  zjeżdżali po tych pionowych stokach.

Późnym latem, w sadzie koło altany, rodzina gotowała na stałym okrągłym palenisku, w ogromnym kotle, powidła ze śliwek węgierek przez kilka dni, które trafiały potem do ziemianki też wydłubanej w zboczu zamykanej pięknymi drewnianymi drzwiczkami z okuciami. Każdy mógł sobie potem po słoiku zabierać wedle potrzeby.
Odbywało się też szatkowanie i deptanie kapusty w drewnianych beczkach, w które najczęściej mnie wrzucano, zupełnie nie wiem dlaczego do dzisiaj, bo przecież było nas więcej i oni mogli sobie ganiać, a ja w tej beczce godzinami ... .

Miałam w tym ogrodzie CUDOWNE dzieciństwo.

Dzisiaj to miejsce nie istnieje. Skarpa zaczęła się osuwać, sad odpadał kawałkami, dom pękł, błyskawicznie więc ewakuowano mojego dziadka do zastępczego mieszkania, a babcia na szczęście tego nie dożyła. Dzisiaj po domu nie ma śladu, z największego tarasu pozostał skrawek, trzeci zniknął zupełnie. Jest tam teraz niewielki park, po wcześniejszym umocnieniu przez miasto pozostałej w tym miejscu skarpy.

4 komentarze:

  1. Ogród to dla mnie jedno z najważniejszych miejsc każdego domu to tam kładę się w hamaku bo ciężkim dniu pracy i odpoczywam. Ostatnio ogród trochę w remoncie ponieważ montowana była nowa biologiczna oczyszczalnia ścieków. Ale już nie długo koniec przebudowy i ogród się odrodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cudownie ze masz ogród, miejsce do ładowania baterii. Z perspektywy ogrodu świat jest znacznie piękniejszy. Pozdrawiam Cie Walerio serdecznie.

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać Pani bloga. Projektowanie ogrodów to moja wielka pasja a dzięki temu wpisowi czuję, że dostałam dawkę nowej energi do pracy przy grządkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo się ciesze. Twórz swój własny raj!

      Usuń

Porozmawiajmy ...
Włączona weryfikacja obrazkowa bo spam mi się wdarł.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...