piątek, 16 stycznia 2015

Potyczki uczuciowe

Po co się denerwować?


milosc ze zrozumieniem


















Niedawno moja przyjaciółka serdeczna wprawiła mnie w zachwyt. 

Mamy zwyczaj spotykania się na babskie pogaduchy raz na jakiś czas. Idziemy sobie wtedy do zaprzyjaźnionej włoskiej restauracji, zjadamy coś małego z małą lampką wina i zanurzamy się w rozmowach. Restauracja jest niedaleko biura które przyjaciółka prowadzi razem z mężem. To wspaniałe, bardzo kochające się małżeństwo. Na ogół przychodzę po nią około półtorej godziny przed końcem dnia pracy, jej mąż zostaje ze zrozumieniem, a my znikamy by pojawić się minutę przed zamknięciem biura aby mogli razem wrócić do domu. Tak było zawsze, aż do ostatniego spotkania przedświątecznego.

Pożegnanie się w starym roku postanowiłyśmy uczcić jeszcze jedną lampką wina i tak nam było cudownie razem, że przegapiłyśmy czas. Mąż przyjaciółki dzwonił, ale w gwarze nie słyszałyśmy jej telefonu, usłyszałyśmy natomiast mój. Odebrałam.

Powiedz mojej żonie że nie musi się śpieszyć – padło. Błyskawicznie oddałam słuchawkę.

I tu zaczyna się mistrzostwo świata w postępowaniu z ukochanym.
 
Co się dzieje kochanie? - zapytała przyjaciółka i spojrzała na zegarek.
Ale jest dopiero dwie minuty po czasie – rzekła bez cienia zdenerwowania – przecież możesz do nas przyjść.
Acha, skoro jesteś zmęczony, to ja przyjadę do domu taksówką skarbie. Jedz odpoczywać – i odłożyła telefon.
Mąż rzucił focha i pojechał sam do domu – powiedziała spokojnie. 

Przyznaję, ja w takiej sytuacji obnażyłabym wszystkie pazury i możliwe że kły też.

A ona popatrzyła na mnie rozbawionym wzrokiem i zaproponowała wspólne przedłużenie tego wspaniałego wieczoru, skoro nie musi się śpieszyć. Pojechałyśmy w zachwycie do mnie już zupełnie bez kontrolowania czasu, do tego stopnia, że wieczór zamienił się noc. 
W międzyczasie jej ukochany dzwonił wielokrotnie a przyjaciółka tłumaczyła cieplutko:
Misiu najdroższy, przecież powiedziałeś że nie muszę się śpieszyć no to ja się nie śpieszę. 
Lub. 
Ależ kochanie, nie denerwuj się, ja przecież jestem w dobrych rękach i nic mi się nie stanie. 
Na koniec, około drugiej w nocy, łaskawie się zgodziła: Dobrze Misiaczku, dzwonię po taksówkę i zaraz będę.
Jak ty to robisz? - zapytałam oszołomiona. 
A po co mam się denerwować? - odpowiedziała.

W domu rzuciła mu się na szyję dziękując za wspaniały wieczór jaki właśnie spędziła. 

Dzien później byli u mnie razem w pełnej harmonii i miłości aby podrzucić prezent.