poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Czarny kot 13-go w piątek






























Dawno, dawno temu, pewnego zimnego, zachlapanego wrześniowego wieczora, dokładnie trzynastego w piątek, odbywało się u mnie spotkanie ezoteryczne i jeden z uczestników, zresztą serdeczny przyjaciel, musiał 3 razy wyjść w trakcie, z powodu jakichś jego spraw. Po powrocie za pierwszym i drugim razem rzucał luźną uwagę, że w śmietniku głośno płacze jakieś maleńkie kocię (znał się, pracował w zoo i kochał miłością całkowitą i niepodważalną zwierzęta), na razie jednak nie wszedł tam, bo może matka je gdzieś przenosi i nie chce zostawić swojego zapachu. Kiedy przyjaciel wrócił za trzecim razem, zapytał kto chce kota i wyciągnął zza pazuchy maleńkie nieszczęście, które natychmiast rozdarło się wielkim głosem. Powiedział, że musiał go zabrać, bo to już za długo trwało i wniósł z tego, że zwierzaczek został po prostu skazany na śmierć. Kotek był przemarznięty, zupełnie łysy, z mokrym jeszcze pępkiem. Rozpoczęliśmy natychmiastową akcję ratowniczą. Bratowa pobiegła do swojego domu i przyniosła własną czapkę z lisa która po odwróceniu włosem do środka stała się przytulnym gniazdkiem dla malucha, moja mała córeczka znalazła wśród małych sąsiadek smoczka od lalki, ja masowałam zziębnięte ciałko, ktoś kupił mleko. Raniutko pojechałyśmy do weterynarza, który go dokładnie osłuchał i stwierdził: To się nie uda! Jest totalnie wyczerpany, ma zapalenie oskrzeli i jest pogryziony mocno przez wszy. Dał jednak zastrzyk wzmacniający, lekki antybiotyk i puder do ciała. I zaczęło się: leczenie i karmienie co dwie godziny na okrągło. Wbrew opinii lekarza kot przeżył i wyrósł na czarną jak smoła bestię z fosforyzującymi oczami. Kogo wzięłyśmy sobie do domu dowiedziałam się już po dwóch tygodniach, kiedy szłam uliczkami małej miejscowości nadmorskiej w Holandii (kot podróżował ze mną po Europie) trzymając w rozpięciu swetra między piersiami, już opierzonego pierwszym puchem malucha z bystrymi paciorkami niedawno otwartych oczu. Idące z naprzeciwka dwie Angielki, zachwyciły się wystającym łebkiem z łapkami i jedna z nich wyciągnęła rękę aby pogłaskać gnojka. Nie zdążyła. Kocię ze wściekłym sykiem dopadło ręki szpilkami swoich zębów i igłami pazurów! Krew się lała strugami, ja w popłochu błagałam o wybaczenie szukając chusteczki, ona przepraszała, że nie powinna była wyciągać łap, dopytując zdumiona, skąd wzięłam taką dzicz. I tak już zostało. Kot, który po 8 miesiącach okazał się być kocicą, pilnował domu i nas lepiej niż jakikolwiek pies wcześniej, a było ich wiele. Mój mężczyzna nie został w ogóle zaakceptowany, walczyła z nim wściekle drapiąc, gryząc, warcząc i bezczelnie, z upodobaniem zajmując jego ulubione miejsca. Hmmm, wiedziała wcześniej niż ja, że to facet do odstrzału, czyli do rozwodu. Mnie i moją młodszą córkę kochała nad życie, lubiła bardzo bratową od czapki, tolerowała zaledwie kilka bliskich mi osób, reszta musiała się podporządkować jej warunkom – wejść do domu mogli tylko jeśli powiedziałam żeby wpuściła, wolno im było usiąść w jednym miejscu i nie ruszać się, nie wolno było wyjść bez mojego wyraźnego zezwolenia. 
Ach! Mogłabym opasłą książkę napisać o niej i ani przez chwilę nie byłaby nudna, bo była to absolutnie niezwykła kocica, która przeżyła z nami 17 lat. Żadne zwierzę nie zapisało się tak wyjątkowo jak właśnie ona w naszym życiu i stanowczo kochałyśmy ją najbardziej. Zresztą nie mogło być inaczej z czarnym kotem z 13-go w piątek!