wtorek, 16 lipca 2013

Jak zostałam Wiedźmą.


Jeśli to prawda że Tarot sam wybiera, to rzeczywiście wybrał mnie i to boleśnie.
Dawno temu, w poprzedniej epoce, któregoś dnia, moja przyjaciółka wróżąca z kart cygańskich, zadała mi pytanie czy może obdarować mnie Tarotem. Dostała w prezencie talię jakieś 3 miesiące wcześniej i od tamtej pory dziwne rzeczy dzieją się, których ona nie chce. Przynieś – odparłam – sprawdzę jak będzie się sprawował u mnie, a poza tym jestem szalenie ciekawa, nigdy nie widziałam i nie dotykałam wcześniej Tarota.
Zachwycił mnie! Oglądałam kartę po karcie, pomału, z namysłem, ogromnym szacunkiem i, nie ukrywam, lękiem. Jednocześnie dotarło do mnie, że żeby zacząć nim kiedykolwiek posługiwać, muszę najpierw posiąść niesamowitą ilość wiedzy. Nie mam czasu, aż tyle czasu to ja nie mam! - stwierdziłam, bo właśnie oddaliłam ukochanego i sama musiałam wychować moje dwie córki, dać jeść, zjeść, ubrać nas, zatroszczyć się o dom itd., za dwoje. Odłożyłam Tarota głęboko i zapomniałam o nim. Wpadł mi w ręce nagle po pół roku, ale znów go upchnęłam w ostatni kąt. W następnym roku, wyobraźcie to sobie, na plaży hiszpańskiej Costa del Sol, w drodze z morza na leżak, przykleiła mi się karta tarota do stopy, i to tak, ze musiałam sama ją oderwać. Oniemiałam! Na plaży Tarot!? Omiotłam wzrokiem wszystko wokół i nie znalazłam więcej kart. Namolny się robi – pomyślałam. Po powrocie do domu udałam, ze nie czuje się zobowiązana do nauk jeszcze. No i doigrałam się! Zaordynowałam remont kapitalny mieszkania. Przy odsuwaniu wielkiego regalu wysokiego pod sufit, jedna z górnych szafek przechyliła się, wypadła z niej metalowa szkatułka i spadła z impetem na moja głowę, ugodziła mnie rogiem, a w środku był Tarot, którego sama tam umieściłam i który wypadł w trakcie prosto w moje ręce. Straciłam niemalże przytomność, a bolesny guz wyrósł do rozmiarów jaja indyczego. Rzuciłam się do nauki natychmiast. Tak oto Tarot wymusił na mnie posłuszeństwo, z czym miałam zawsze problemy.